Kiedy Księżyc zasłonił Słońce- wyprawa Mariusza Kralla i Darii Klimek


Są takie chwile, które trudno opisać słowami — można je jedynie przeżyć i zachować w pamięci na zawsze. Jedną z nich było całkowite zaćmienie Słońca, którego świadkami postanowili zostać członkowie naszego Stowarzyszenia –Mariusz Krall i Daria Klimek. Specjalnie wyruszyli do Hiszpanii, by znaleźć się w miejscu, z którego mogli podziwiać to niezwykłe zjawisko. Poniżej przedstawiamy relację opisaną słowami i sercem Darii oraz ilustrowaną fotografiami Mariusza.

„Do Hiszpanii dotarliśmy 2 dni przed datą zaćmienia, czyli dokładnie 10.08.2026. Zdecydowaliśmy, że będziemy kierować się w okolice miasteczka Almazan w prowincji Soria i tam rozpoczniemy poszukiwanie ostatecznego miejsca obserwacji.

W ustalone okolice dojechaliśmy wieczorem. Po szybkim tankowaniu i uzupełnieniu podstawowych zapasów rozpoczęliśmy rozeznanie w terenie na obrzeżach miasta. A już po niespełna godzinie, zupełnym przypadkiem trafiliśmy na nieoznaczoną na mapie malutką oazę przy leśnym źródle wody podziemnej tuż za niewielką wioską Fuentelcarro. Miejsce znajdowało się na 900 metrach n.p.m., a my dotarliśmy akurat w porze zachodu słońca. Te okoliczności pozwoliły natychmiast sprawdzić możliwości obserwacyjne – a były znakomite – czysty zachodni horyzont z widokiem na majestatyczne sosny! Bez zawahania zdecydowaliśmy się tam zostać na noc i po cichu „obozować” z nadzieją, że zaostrzone na czas zaćmienia przepisy przeciwpożarowe oraz zwiększone kontrole ze strony Guardia Civil nie ukrócą naszych planów! Media przepełnione były informacjami o zamykaniu dróg gruntowych oraz patrolowaniu lasów! Ale cóż, musieliśmy zaryzykować!

Ku naszej radości rano zastał nas całkowity spokój i sielski widok zwierząt zbierających się przy leśnym wodopoju. Zjawiały się kolejno po sobie, jakby kierowane niepisanym leśnym harmonogramem: grupy ptaków, sarny, wiewiórki… i osy – wszystkie miały swoją porę i swoją kolejkę. Cóż za rajskie miejsce pośród tej gorącej hiszpańskiej „pustyni”! Jasne było, że zostajemy tam do końca!

W ten sposób nieśpiesznie przeczekaliśmy do dnia zaćmienia. Za dnia ciesząc się ciszą, spokojem i kojącym chłodnym źródłem, a nocą ciemnym, czystym niebem stwarzającym możliwość obserwacji i fotografii obiektów trudnych do uchwycenia z naszej szerokości geograficznej.

Jedynym zakłóceniem idealnie układającego się planu była niewielka chmura tkwiącą uparcie na horyzoncie. Obserwowaliśmy ją z rosnącym niepokojem, sprawdzając, czy przypadkiem nie przesuwa się bardziej na zachód, w miejsce oczekiwanego zaćmienia słońca. Bo co wtedy? Szybka ewakuacja i szukanie nowego miejsca? Tak bardzo by było szkoda opuszczać naszą oazę! Na szczęście 12 sierpnia, w dniu zaćmienia, zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła, natura dała nam więc kolejny prezent – doskonale czyste niebo!

Na wieczór zaćmienia czekaliśmy już więc z pełnym luzem – świetna pogoda, brak oczekiwanych tłumów (właściwie totalny brak ludzi prócz nas), nie zjawił się nawet brytyjski fotograf, który pieczołowicie robił przymiarki wieczorem 11.08 i zapowiadał swój powrót na zaćmienie. Czyżby gwardia jednak zamknęła drogę? Z drugiej strony nas nikt nie namierzył, więc wspaniale! Czuliśmy się w tym miejscu co raz bardziej “jak w domu”.

Godzinę przed zaćmieniem spokojnie i nieśpiesznie wynieśliśmy sprzęt kilkaset metrów od naszej oazy, w pole z najszerszą perspektywą na zachód. Podekscytowani i radośni, że już nic nie może popsuć naszych planów rozstawiliśmy wszystko co potrzeba i z wydechem ulgi i ekscytacji zajęliśmy miejsca. W pełnej koncentracji na słońcu i niebie czekaliśmy na kosmiczny spektakl.

Było zaledwie 15 minut do początku zaćmienia, gdy usłyszeliśmy warkot samochodów terenowych na szutrowej drodze w oddali. “No nie! A jednak!” – funkcjonariusze Guardia Civil znaleźli nasz zaparkowany przy źródełku samochód. Nie chcąc większych kłopotów wyruszyliśmy w ich stronę, podczas gdy oni szczegółowo lustrowali nasze auto i całe miejsce postoju, nadając na bieżąco jakieś komunikaty przez krótkofalówkę. Gdy dotarliśmy do drogi za naszymi plecami zjawiła się kolejna terenówka – tym razem jednostka policji! Skoro nie znaleźli nas na miejscu wezwali wsparcie do poszukiwań! Komunikaty rządowe jednak się sprawdziły… Zostaliśmy poinformowani, że droga jest zamknięta i nikt nie może tu przebywać, że mamy koniecznie opuścić te miejsce ze względu na zagrożenie pożarowe. No way! Adrenalina sięgnęła zenitu! Wytłumaczyliśmy grzecznie, że przyjechaliśmy na zaćmienie i czy możemy po prostu zostać na ten czas, a potem czym prędzej się spakować i odjechać? W odpowiedzi otrzymaliśmy krótki wykład, że sytuacja jest poważna, że w razie pożaru muszą mieć ludzi zgromadzonych w jednym miejscu… “bla bla bla…”, ale pomiędzy słowami czuliśmy tę nutkę zrozumienia. Panowie wypełniali rozkazy sztucznie podwyższonych na czas zaćmienia obostrzeń… My też ich rozumieliśmy. Ostatecznie wróciliśmy oglądać zaćmienie z już na samym starcie przyspieszonym biciem serca i choć w ostatniej chwili, to jednak zgodnie z planem…

A co nastąpiło dalej? Moja pamięć faktograficzna uległa pewnej abberacji pod wpływem emocji. Cały spektakl zaćmienia stał się w mojej głowie mieszanką widoków, kolorów, wrażeń i emocji trudną do umieszczenia na chronologicznej i uporządkowanej osi czasu. Żadne zdjęcie, żaden opis z pewnością nie odda tego zjawiska, ale spróbuję podzielić się moim strumieniem świadomości, strzępkami wrażeń, które nadal we mnie żyją…

Pamiętam zmieniające się i gasnące barwy nie przypominające żadnego innego ziemskiego doświadczenia, tak przyjemnie kojące i otulające zmęczone hiszpańskim słońcem oczy. Pamiętam świat w delikatnych, przygaszonych kolorach sepii tuż przed fazą całkowitości, światło z jednej strony obce i niepokojące, a jednocześnie jakoś bliskie, wymarzone, otulające i “znane”… Znane z fantazji o innych planetach… Przenikające moją świadomość piękno i zachwyt percepcji bycia na innej Ziemi.

A jednocześnie, napływ pierwotnych, atawistycznych myśli o lęku przed tym, że słońce mogłoby zniknąć! Pamiętam moment, gdy moja wyobraźnia pofrunęła w empatyczne przeżycie wrażeń ludzi, którzy nie mieli wiedzy jaką my dziś mamy. Namiastkę przerażenia na myśl, że może nieznany byt, niczym kosmiczny smok pożera nam słońce! Albo to bóstwa zesłały słuszną karę na nieposłusznych, krnąbrnych Ziemian! Jak wielki musiał być lęk człowieka, który nie miał wiedzy o astronomii, a Słońce było bogiem i osią wokół, której kręciło się życie!

Zobaczyłam ptaki, jak przecinają przestrzeń nisko nad powierzchnią ziemi i pomyślałam o zwierzętach. Dla nich też porządek świata stanął na chwilę na głowie. Rytm dnia odchylony od normy. Symptomy nocy w dzień. Chaos.

Pamiętam, pewnie równie pierwotną, ale wielce prawdziwą, wszechogarniającą WDZIĘCZNOŚĆ. Wdzięczność za Słońce. Za te Słońce, które wcześniej irytowało mnie paląc moją białą skórę i wrażliwe oczy. Te słońce, które wystawiało moje północne zdolności termoregulacji na poważną próbę. Te wszystkie wcześniejsze trudne odczucia rozpuściły się ustępując miejsce falom wdzięczności i szacunku do potęgi i ważności energii, której nasza gwiazda dostarcza nam wszystkim, energii, która napędza życie na tej planecie.

Pamiętam, gdy słońce zaczęło przypominać cieniutki, żarzący się na niebie drucik tuż przed tym jak zniknęło za zasłoną księżyca, ujawniając mieniąca się majestatyczną i absolutnie cudowną koronę słoneczną. Moment podniosły, zachwycający, przerażający i piękny! Niebo, które zrobiło się ciemne, na tyle ciemne by zobaczyć najjaśniejsze gwiazdy i planety oraz wyraźnie odczuwalny chłód, prawdziwy chłód w upalny dzień. Bogaty repertuar ambiwalencji! A z oddali krzyk, krzyk ludzi z pobliskiej miejscowości, a potem brawa i wiwaty! Mimo samotnej obserwacji nie ominęło nas doświadczenie specyficznej jedności z innymi obserwatorami. Głębokie, wspólne doświadczenie zachwytu.

Tak wiele emocji w niecałe dwie minuty fazy całkowitej i pragnienie zanurzenia się w tym na dłużej. Jeszcze chwilę dłużej na obcej planecie :).

Tymczasem trzeba było szybko zejść na ziemię. Obiecaliśmy gwardii, że zwiniemy się możliwie jak najszybciej, a czujny patrol prędko zjawił się sprawdzić, czy obietnicy dotrzymaliśmy i na pewno nie zamierzamy tam obozować! Przyszło nam pośpiesznie żegnać się z leśnym domem przy źródełku, ale przynajmniej z satysfakcją, że ostatecznie wszystko się udało. I mimo zachodu słońca, to nie był jeszcze koniec dnia. Udaliśmy się na ciemny plac do pobliskiego miasteczka wskazanego przez gwardię, jako bezpieczne miejsce w razie pożaru lasu. Zaparkowaliśmy auto, rozłożyliśmy koce na ziemi i nie planując nic dalej rozpoczęliśmy kolejny kosmiczny spektakl – obserwacje szczytu roju Perseidów. Po czym – a raczej w trakcie – zmęczeni ilością wrażeń, zasnęliśmy pod gołym niebem…”

Tekst/Daria Klimek

Zdjęcia/Mariusz Krall

Opracował: mn

Komentowanie jest wyłączone