Tym razem zabieramy Was w podróż śladami naszych ozmowych znajomych, którzy wyruszyli po zaćmione Słońce do Hiszpanii. Przed Wami osobista relacja Piotra Kierzkowskiego bogato zilustrowana fotografiami, które powstały podczas tej ekscytującej eskapady.
Wyjazd na całkowite zaćmienie Słońca, Hiszpania 2026 – Piotr Kierzkowski
Marek Nikodem z PPSAE – zaraźliwy popularyzator 😉
Pomysł na wyjazd na całkowite zaćmienie Słońca do Hiszpanii w 2026 roku pojawił się u mnie i mojego kumpla Jarka w czasie Ogólnopolskiego Zlotu Miłośników Astronomii (OZMA) 2025, zorganizowanego przez Pałucko-Pomorskie Stowarzyszenie Astronomiczno-Ekologiczne (PPSAE). Marek Nikodem, wieloletni prezes Stowarzyszenia, miał wtedy prezentację o tym, jak się przygotować do zaćmienia, co robić, czego nie robić, i ogólnie jak niezwykłe jest to zjawisko (fot. 1).

No i nas zaraził pomysłem. Zaćmienia całkowitego nigdy nie widzieliśmy, Hiszpania jest w zasięgu, to czemu nie? Zgadaliśmy się jeszcze z kilkoma innymi uczestnikami zlotu, że może pojedziemy razem – choć planowanie wyjazdu na rok z góry wydawało się trochę nierealne. Dwóch kolegów po jakimś czasie odpuściło, a na placu boju zostałem ja, Jarek, oraz Piotrek Ch. i jego dziewczyna Sylwia. Opierając się na informacjach z prezentacji Marka, zdecydowaliśmy się na nocleg w miejscowości Tordesillas – niewielkiej, leżącej w pasie całkowitego zaćmienia, a znanej z powodu podpisania w niej w XV w. traktatu między Portugalią i Hiszpanią o podziale ówczesnego świata. Nocleg zarezerwowaliśmy jeszcze jesienią 2025, na tygodniowy pobyt, żeby mieć margines kilku dni przed i po zaćmieniu. W styczniu 2026 wykupiliśmy bilety lotnicze (do Porto, żeby ominąć Madryt – zapewne najbardziej oblegany przez turystów zaćmieniowych), a w maju 2026 zarezerwowaliśmy auto. Wszystko to razem doprowadziło do tego, że 8 sierpnia 2026 rano cała nasza czwórka spotkała się na lotnisku we Wrocławiu (fot. 2), i po niedługim czasie zasiadła w samolocie lecącym do Porto. Potem przesiadka w auto, i podróż 350 km przez Portugalię i Hiszpanię, aż do Tordesillas (fot. 3, 4).

.


„We are Polish astrophotographers, and we came here to see total solar eclipse.” Takim tekstem Piotrek Ch. zaczynał niemal każdą rozmowę z ludźmi spotkanymi w czasie wyjazdu, od współpasażerów w samolocie po obsługę sklepów czy restauracji. Dlatego to zawołanie w końcu stało się oficjalnym hasłem naszej eskapady 😉 Pierwsze trzy dni pobytu poświęciliśmy głównie na poszukiwanie odpowiedniej miejscówki. Wprawdzie Tordesillas było w pasie całkowitego zaćmienia, ale miało ono tam trwać tylko 1 minutę i 10 sekund, więc chcieliśmy zawalczyć o więcej. Tu wykazał się Jarek, który dzięki godzinom spędzonym przy Google Maps i apkach mapowo-zaćmieniowych stworzył listę lokalizacji wartych sprawdzenia – takich, w których był czysty zachodni horyzont, oraz jakaś efektowna zabytkowa budowla lub ruina, mogąca stworzyć świetny pierwszy plan dla zdjęć zaćmienia. Objechaliśmy wszystkie te lokalizacje, więc łącznie w rejonie Tordesillas zrobiliśmy ok. 750 km, i zobaczyliśmy spory kawałek Hiszpanii 🙂 (fot. 5, 6).


Finalnie na obserwację zaćmienia całkowitego wybraliśmy miejscówkę w Tamariz de Campos, z fantastyczną wieżą zrujnowanego kościoła i czasem trwania fazy całkowitej wynoszącym 1 minutę i 36 sekund (fot. 7).

Nie samym zaćmieniem człowiek żyje, czyli zwiedzanie okolicy Bardzo ciekawym miastem jest Salamanca (fot. 8), której symbolem jest… żaba!

Nie wiedzieliśmy, o co chodzi z tymi żabami – wszędzie, a zwłaszcza na starym mieście, pełno było straganów i sklepików z pamiątkami, a w nich żaby, żaby i żaby. Po zasięgnięciu języka w internecie okazało się, że jednym z setek elementów misternie rzeźbionej fasady Uniwersytetu w Salamance jest rzeźba czaszki, na której siedzi mała żabka. Wypatrzenie jej samemu jest prawie niemożliwe, ale gdy już wie się, gdzie szukać, to sprawa staje się łatwa (fot. 9, 10).

Kierzkowski).

Ta żabka, zwana Żabą z Salamanki (Rana de Salamanca) jest znana na cały świat. W Salamance spędziliśmy cały dzień – jest tam bardzo dużo innych zabytków, m.in. kościół La Clerecia, siedziba Uniwersytetu Papieskiego, z wysokimi wieżami (fot. 11), z których rozciąga się piękna panorama całego miasta (fot. 12).


Ale najlepiej wspominamy… obiad w restauracji Don Quichote pod adresem Calle Serranos 28 😉 (fot. 13, 14). Tak dobrego jedzenia nie znaleźliśmy nigdzie indziej w czasie całego wyjazdu, ani w Hiszpanii, ani w Portugalii.


Drugie niezwykłe miejsce to Urueña – małe zabytkowe miasteczko otoczone średniowiecznymi murami (fot. 15), w którym na stałe mieszka ok. 200 osób, ale w którym jest więcej księgarń niż restauracji!

Urueña w 2007 roku jako pierwsze miasteczko w Hiszpanii zyskała status Villa del Libro, czyli Miasteczko Książek (fot. 16).

Takie miejsca powstają w całej Europie, w ramach promocji czytelnictwa i aktywności z nim związanych. W Urueñie odwiedziliśmy m.in. Muzeum Instrumentów Muzycznych – perełkę wciśniętą między zabytkowe domki, wypełnioną po brzegi eksponatami z całego świata (fot. 17, 18, 19).



Okazało się, że muzeum prowadzi Luis Delgado – kompozytor, którego bez wielkiej przesady można nazwać hiszpańskim Hansem Zimmerem. Nie wiedząc jeszcze, z jaką sławą mamy do czynienia, wdaliśmy się z nim w rozmowę, a że zaczęliśmy (jak zwykle 😉 ) od „We are Polish astrophotographers, and we came to see total solar eclipse” to bardzo szybko dowiedzieliśmy się, że pan Delgado pracował przez 30 lat w planetarium w Madrycie, uwielbia obserwować nocne niebo, i zżyma się na wzrastające wszędzie zanieczyszczenie światłem. Jak widać, ludzi zainteresowanych astronomią można spotkać wszędzie! 🙂 Dzień zero, czyli dane nam było Słońca zaćmienie… w Tamariz de Komaros! Dwunastego sierpnia 2026 zameldowaliśmy się pod wieżą w Tamariz de Campos już około południa. Nasłuchawszy się od Marka Nikodema opowieści o tym, jak to cały świat zjedzie do Hiszpanii na obserwacje zaćmienia całkowitego – woleliśmy nie ryzykować utknięcia w korkach. Okazało się jednak, że na miejscu nie ma żywej duszy. Po jakimś czasie dojechała ekipa z PPSAE, czyli Marek z Barbarą, oraz Bartek, Agnieszka i Zdzisław z dziećmi. Rozbiliśmy nieformalny obóz przy polnej drodze pod wieżą (fot. 20) i zaczęliśmy przygotowania do zaćmienia

Koledzy chodzili w tę i we w tę po pagórku sąsiadującym z wieżą, szukając idealnego miejsca na rozstawienie się ze sprzętem fotograficznym i naradzając się nerwowo. Marek szykował profesjonalny sprzęt do obserwacji zaćmienia częściowego (fot. 21, 22, 23, 24), a Piotrek Ch. po raz kolejny ćwiczył obsługę swojego Seestara S30 Pro i aparatu.




My z Jarkiem nie mieliśmy takich problemów – nastawiliśmy się na wizual, dlatego zabraliśmy z Polski tylko lornetki (ja 10×50, Jarek 15×70) z filtrami z folii Baadera. Ja chciałem jeszcze zrobić telefonem timelapse z zaćmienia, ale to też nie wymagało jakichś większych przygotowań. Dlatego pojechaliśmy sobie jeszcze bezstresowo na obiad do pobliskiej miejscowości Villalón de Campos, a po powrocie pozostało już tylko czekać na rozpoczęcie spektaklu. A spektakl rozpoczął się punktualnie – najpierw na tarczy Słońca pojawił się mały ubytek, który rósł i rósł, w miarę jak Księżyc coraz bardziej zakrywał naszą dzienną gwiazdę. Wyposażeni w lornetki z filtrami ekscytowaliśmy się z Jarkiem, ile plam na Słońcu widzimy, i które z nich zostały już zakryte przez tarczę Księżyca, a Piotrek Ch. dwoił się i troił przy swoim sprzęcie (fot. 25).

Pamiętam, że ciarki zaczęły mi chodzić po plecach, gdy w pełni uświadomiłem sobie, z jaką konfiguracją ciał niebieskich mamy właśnie do czynienia. W takich chwilach można naprawdę poczuć, a nie tylko wyobrazić sobie, że wszyscy ci ludzie, rozrzuceni na całym kontynencie i obserwujący zaćmienie Słońca, znajdują się na jednej olbrzymiej kuli, lecącej przez próżnię w grawitacyjnym tańcu wraz z innymi olbrzymimi kulami. A zaćmienie to po prostu… cień Księżyca, nic ponadto. Ale wrażenie skali i ogromu tego zjawiska jest naprawdę niesamowite. Co ciekawe, takich emocji doświadczałem jeszcze w czasie pogłębiającej się fazy częściowej. Natomiast tego, co się zaczęło dziać w czasie fazy całkowitej opisać się nie da. Gdy nagle ostatni promyk Słońca znika za tarczą Księżyca, gdy pojawia się korona słoneczna i wyraźnie widoczne różowe protuberancje, gdy wokół zapada lekki zmrok i staje się wyraźnie chłodniej… Ma się wrażenie, jakby nagle cała okolica stała się zdjęciem w HDR. Wszystko szarzeje, a równocześnie nabiera jakieś innej plastyczności, rozpiętości tonalnej nieporównywalnej z żadnym normalnym zmierzchem (fot. 26).

Nie pamiętam, czy sam coś wtedy mówiłem, nie pamiętam czy coś mówił Jarek, pamiętam tylko, że Piotrek Ch. zaczął krzyczeć z wrażenia – ale możliwe, że wszyscy wtedy wydawaliśmy z siebie okrzyki mocno niecenzuralne 😉 Faza całkowita, mimo że trwała tylko minutę i niecałe 40 sekund, zdawała się trwać o wiele dłużej. Był czas i na patrzenie na zaćmienie przez lornetkę (wtedy już bez filtrów), i na rozejrzenie się po okolicy, i na zauważenie, że zapaliły się lampy w miasteczku, i na usłyszenie szczekania zaniepokojonych psów. Tak jakby czas zwolnił. A potem, gdy pierwszy skrawek Słońca wychynął zza Księżyca i zrobiło się jaśniej – rozpoczął się ATAK! Rzuciły się na nas hordy komarów, nie wiadomo gdzie do tej pory ukryte. Takich ilości komarów nie widziałem nigdy i nigdzie w całym moim życiu. Niemal cała magia chwil po zaćmieniu została popsuta przez te bzyczące paskudy. Zostawiliśmy sprzęt na pagórku i uciekliśmy do obozu przy samochodach, natrzeć się i popsikać środkami odstraszającymi, bo inaczej nie dało się wytrzymać tej komarzej nawałnicy. Dopiero później, gdy rozmawialiśmy z mieszkańcami miasteczka, którzy po zaćmieniu zaczęli spacerować po okolicy i trafili na nasz obóz, dowiedzieliśmy się, że w pobliżu są jakieś rozlewiska czy zbiorniki wodne, i że komarów zawsze jest tutaj dużo. No ale nie mogliśmy tego doświadczyć wcześniej, bo miejscówek szukaliśmy w dzień, gdy krwiożercze bestie siedziały pochowane. Perseidy, porto w Porto i zakończenie Po 22:00, gdy komary poszły już spać, rozsiedliśmy się całym towarzystwem na pagórku, żeby poobserwować Perseidy. Jest coś magicznego w chwilach po zaćmieniu całkowitym, gdy wszyscy są pełni wrażeń i gdy już opadnie przedzaćmieniowe napięcie. I tak sobie siedzieliśmy na pagórku, na środku wielkiej hiszpańskiej równiny, patrząc w niebo i wymieniając się wrażeniami. Wszystko nam się udało – i zwiedzanie przed zaćmieniem, i fotki zaćmienia z telefonów i z Seestara (fot. 27), i mój timelaps (link) i świetne towarzystwo.
https://www.youtube.com/watch?v=RKpDYmiMpB8
Timelapse z zaćmienia 2026 – Piotr Kierzkowski

A potem były pożegnania, bo ekipa z PPSAE ruszała w drogę powrotną do Polski, a my do hotelu w Tordesillas. Dzień po zaćmieniu przeznaczyliśmy na „dozwiedzanie” (to wtedy właśnie odwiedziliśmy muzeum instrumentów muzycznych w Urueñi i poznaliśmy hiszpańskiego Hansa Zimmera 🙂 ), oraz na naprawę zerwanego sznureczka trzymającego tylną półkę w naszym wypożyczonym samochodzie. Tu z kolei błysnęła Sylwia, która dzięki niesamowitym umiejętnościom manualnym z pomocą igły, nitki i pożyczonej od obsługi restauracji zapalniczki w 5 minut perfekcyjnie ogarnęła temat (fot. 28), dowodząc po raz kolejny, że nasza ekipa świetnie sobie radzi z trudnościami 🙂

Fot. 28. Naprawiony przez Sylwię sznureczek od tylnej półki naszego auta. Ekipa ludzi z różnymi umiejętnościami to podstawa w podróżach! 🙂 (fot. Piotr Kierzkowski). A kolejny dzień to był przeskok do Porto i zwiedzanie tego niezwykłego miasta. Centrum jest położone na wzgórzach, więc ciągle na zmianę wchodzi się pod górkę i schodzi w dół, a z mostu można podziwiać panoramę nabrzeża rzeki Douro (fot. 29, 30).


Zaliczyliśmy pyszny obiad (fot. 31), potem degustację porto w jednej z winiarni na nabrzeżu (fot. 32, 33), a na koniec zachód Słońca – już bez zaćmienia, ale i tak gromadzący setki ludzi w najlepszych punktach widokowych miasta (fot. 34, 35).




Fot. 34. Tłumy obserwujące zachód Słońca w punkcie widokowym Jardim do Morro (fot. Jarosław Jasiński).

A 15 sierpnia zwróciliśmy auto (nikt z obsługi się nie zorientował, że była mała awaria sznureczka 😉 ), cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę na lotnisku (fot. 36), po czym wsiedliśmy w samolot, i po kilku godzinach wylądowaliśmy we Wrocławiu (w którym, nota bene, było tak samo gorąco jak w Hiszpanii), kończąc tym samym naszą zaćmieniową eskapadę.

Wypada więc zakrzyknąć na koniec (nieco parafrazując 😉 ): We are astrophotographers from Poland, and we saw the total solar eclipse! : )
tekst: Piotr Kierzkowski
zdjęcia: Piotr Kierzkowski, Jarosław Jasiński, Piotr Chodera







































































